Przejdź do treści Przejdź do nawigacji głównej Przejdź do wyszukiwania

DRONy kontra dzicz: Dziki Zachód w Yosemite

2 minuty czytania

Wyobraź sobie, że masz 1187 mil kwadratowych dzikiej przyrody i jednego strażnika do pilnowania. To jest Yosemite podczas federalnego shutdownu – raj dla tych, którzy myślą, że zasady obowiązują tylko wtedy, gdy ktoś kontroluje. Od października, kiedy rząd amerykański zgasił światła, przewodnicy w parkach narodowych zgłaszają coś, co przypomina gorączkę złota. Tyle że zamiast płukania złota ludzie wyciągają DRONy i ignorują zakazy. Normalnie widzisz jakiegoś jednego DRONA tygodniowo. Teraz? Pięć w jeden dzień. Dla polskich pilotów to może wyglądać jak odległy amerykański problem. Tyle że to jest dokładnie ten typ sytuacji, który może wpłynąć na wszystkich. Wystarczy garstka takich, którzy nie respektują zasad, i zepsują grę wszystkim innym. Bo jest niemal pewne, że kiedy urzędy się otrząsną, będzie bolało.

yosemite-cover.webp

Dzicz bez szeryfa, czyli „Co mnie nie zabije, to jest legalne”

DRONy są po prostu wszędzie. I chociaż były widoczne i wcześniej, teraz pojawiają się coraz częściej – nawet kilka razy podczas jednego zwiedzania. Najgorsze jest to, że kiedy pilotom przypominasz zasady, dostajesz wyciągnięty środkowy palec. A nawet pracownicy, którzy w Yosemite spędzili ponad dekadę, potwierdzają, że ludzie w ostatnim czasie są mniej przyjaźni. Jeden cię pośle gdzieś, drugi pokaże środkowy palec. I wszyscy ignorują zasady.

yosemite1-855x570_do (1)
Źródło: Shutterstock

A to nie chodzi tylko o DRONy. Anonimowy pracownik parku zdradził, że jedyny ranger w całym parku to wolontariusz. Nie pracownik, wolontariusz. Na terytorium wielkości Rhode Island.

Kiedy państwo nie potrafi zapłacić strażnikom, ludzie zaczynają grać w kowbojów. A DRONy to tylko wierzchołek góry lodowej.

Niedźwiedzie, sokoły i ignoranci z kontrolerem

W Great Smoky Mountains ktoś DRONem wyganiał niedźwiedzia z drzewa. W Yellowstone pilot niepokoił gniazdo rybołowa. To nie jest pilotowanie, to jest cyfrowe kłusownictwo.

Parki narodowe zakazały DRONów w roku 2014 po serii incydentów – DRONy wpadały do gejzerów, ginęły nad Grand Canyonem i straszyły zwierzęta. Kara? Aż 5 000 dolarów i pół roku więzienia. Tyle że kiedy nie ma nikogo, kto miałby karać, zasady to tylko zalecenia.

Jasne, że każdy marzy o ładnym ujęciu z Yosemite. Ale kiedy wiesz, że mógłbyś tym płoszyć na przykład sokoły wędrowne podczas gniazdowania, rozmyślisz się. Bo po prostu nie jest to tego warte.

yosemite2-855x570_do
Źródło: Shutterstock

Każdy DRON w strefie zakazanej to argument za surowszymi regulacjami. Dla wszystkich.

DJI pokazało drogę (tę złą)

Pamiętasz tę aferę z filmem do DJI Mavic 4 Pro? Największy producent DRONów na świecie użył w reklamie ujęć z parków narodowych. Kiedy ich przyłapali, film po cichu usunęli bez wyjaśnienia.

Kiedy DJI demonstruje, że zasady to tylko przeszkoda w marketingu, czego oczekujesz od zwykłych pilotów? Dokładnie – będą myśleć, że skoro DJI tak robi, to oni też mogą.

Kempy są co prawda zajęte i monitorowane, ale co z pozostałymi 1187 milami kwadratowymi? Tam niestety każdy robi, co chce.

Kiedy liderzy rynku ignorują zasady, naśladowcy nie mają powodu ich respektować.

Dlaczego powinno to obchodzić polskiego pilota

Może myślisz sobie – Ameryka jest daleko, ich problemy nie są nasze. Błąd. Kiedy w USA ruszą surowsze regulacje przez kilku ignorantów w Yosemite, producenci wbudują je w firmware. A to już dotyczy i ciebie.

Polskie parki narodowe na razie nie zakazały DRONów całkowicie, ale wystarczy kilka incydentów i sytuacja się zmieni. Tatry, Bieszczady, Białowieża – wszędzie tam mógłby przyjść zakaz szybciej, niż zdążysz powiedzieć „DJI Mini”.

Poza tym każda wpadka na świecie to amunicja dla przeciwników DRONów. „Popatrz na Amerykę,” powiedzą, „tam też sobie nie poradzili.”

Globalny problem oznacza globalne konsekwencje. Ich problem dzisiaj to twój problem jutro.

Shutdown się skończy, DRONy w parkach nie

Federalny shutdown kiedyś się skończy. Rangerzy wrócą. Kary zaczną spadać. Ale szkoda już będzie wyrządzona – w przyrodzie i w reputacji społeczności.

John DeGrazio nazwał to „Dzikim Zachodem” i miał rację. Tyle że w odróżnieniu od kowbojskich filmów, ta historia nie kończy się happy endem. Kończy się surowszymi prawami, wyższymi karami i mniejszą przestrzenią dla wszystkich.

yosemite3-855x570_do
Źródło: Shutterstock

Każdy pilot, który teraz lata w Yosemite, buduje mur między społecznością a opinią publiczną. Każdy spłoszony niedźwiedź to argument przeciwko nam. Każdy sokół, który opuści gniazdo, to powód do kolejnej regulacji.

Więc kiedy następnym razem będziesz gdzieś na granicy zasad, przypomnij sobie o Yosemite podczas shutdownu. O tych pilotach, którzy myśleli, że kiedy nie ma strażnika, nie ma przestępstwa. I o tym, jak ich „wolność” może odebrać wolność wszystkim innym. Bo jeśli ta sytuacja nam coś pokazuje, to właśnie to: DRONy nie są problemem. Problemem są piloci, którzy myślą, że zasady obowiązują tylko wtedy, gdy ktoś pilnuje.


Ostatnia aktualizacja artykułu:

Czy artykuł był dla Ciebie przydatny?


Spodobał Ci się artykuł? Subskrybuj nasz newsletter i nie przegapisz żadnej nowości

O swoje dane osobowe nie musisz się martwić, przetwarzamy je zgodnie z regulaminem i nie wysyłamy spamu.

Newsletter